Stanis³aw Barañczak
4.2.80: ¦nieg V
Milczkiem opadaj±cy, chy³kiem biel±cy siê ¶niegu,
có¿ w lutym, za oknem, nad ranem mo¿e byæ w tobie jasnego
bardziej ni¿ to, ¿e trzeba pod ko³dr± jedn± i ciep³±
obj±æ siê, sple¶æ ze sob± obydwa sny, nim uciekn±
przed ¶witem; ni¿ to, ¿e trzeba do nastroszonej piersi
przemówiæ ciep³ym jêzykiem (ju¿ drzwiami trzaskaj± pierwsi
punktualni s±siedzi, ju¿ przez dwie ¶ciany winda
sw± listê obecno¶ci szumi); ni¿ to, ¿e pokój rozwidnia
ten ch³ód nagi, wilgotny, przed którym tylko nagie,
wilgotne ciep³o chroni -- i to, co zrywa siê nagle,
dwoiste, jednolite, zd³awione, nie do zniesienia,
wzbijaj±ce siê z krzykiem, jawne i mroczne jak ziemia